Zabić relację z babka, matka i bratem

Źródło obrazka: tutaj

Dzisiaj zdecydowałem się ostatecznie zabić moje 3 „najbliższe” mi osoby. Piszę najbliższe w cudzysłowiu, bo tylko fizycznie są one mi najbliższe, ale wcale nie czuje z nimi szczególnej zażyłości. Może trochę z babką. Ale już nie długo, ponieważ właśnie dzisiaj postanowiłem z nimi ostatecznie skończyć – w umyśle. Co to dla mnie znaczy?

To dla mnie znaczy opuścić ich. Pozwolić im żyć swoim własnym życiem. A samemu rozpocząć własne życie, na własną rękę, bez nieustannego opierania się o nich. O ich opinie, o ich wsparcie. Już czas, żebym zaczął żyć po swojemu, a nie ciągle był uwikłany w setki złożonych manipulacji, które mają za zadnie poniżenie mnie i zniewolenie, by na zawsze już z nimi został cokolwiek by się nie działo. Pierdole to. Mówię dość i odchodzę. Ale co to ma wspólnego z zabójstwem?

A no to, że w moim odczuciu, to równa się ich śmierci. Serio. Wg. mnie, beze mnie sobie nie poradzą. Załamią się psychicznie i umrą. Gdy nie będę im mówił wszystkiego o sobie, gdy będę dla nich niemiły albo – o zgrozo – gdy odetnę się od nich całkowicie. To jestem głęboko przekonany, że umrą i ja potem będę całe życie żył w poczuciu winy, że zabiłem swoją najbliższą rodzinę, która mnie wychowała i której przecież powinienem być wdzięczny za wszystko. Takie farmazony słyszałem całe życie i to one mnie trzymały przy tym, by dalej być za wszelką cenę z nimi związany.

Ale mam dość. Słuchałem już wiele materiałów powiązanych z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików – choć moi rodzice nie są alkoholikami, ale dziadkowie byli -, na temat wychodzenia z domu, czytam o tym w literaturze tej wspólnoty, a co najważniejsze, to terapeuta zdecydowanie mi to zalecał wiele razy, że w końcu zdecydowałem się na to ostatecznie.

Już się nie boje bycia oskarżonym o czarną owcę rodziny. Już się nie boję presji „wszystkich ludzi”, bo mam ją w dupie. Dzięki terapii nauczyłem się żyć w oparciu o własny kręgosłup moralny i przekonania. Nie potrzebuje już wiedzieć „co ludzie powiedzą”, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto się zgodzi i ktoś, kto się nie zgodzi. A ja już mam dość życia w atmosferze, znieważania, poniżania, wymuszania, wyśmiewania, umniejszania godności, manipulacji. Mam dość.

Dzisiaj powiedziałem babci, że o połowę ograniczam z nią spotkania – nie jestem w stanie jeszcze całkowicie z nich zrezygnować i pewnie nie zrobię tego nigdy, ze względu na jej stan zdrowia, bo trochę jednak martwię się o nią, bo dla niej wyzwaniem jest pójście do sklepu po zakupy. Ale za to nie czuję już przymusu bycia tylko dla niej na każdej zawołanie, bo jej stan tego nie wymaga.

Brat tak samo sobie doskonale radzie z żoną i rodzice także. Może ojciec trochę choruje, więc będę go czasem odwiedzał, zobaczyć czy nic nie potrzebuje, ale poza tym absolutnie nie zamierzam dawać dalej wikłać się w ich losy. Niech sobie żyją jak chcą. Nie moja wina, że wychowali się w takiej rodzinie w jakiej się wychowali i nie mam zamiaru marnować teraz mojego życia, ze współczucia, litości i solidarności z nimi.

Nadszedł czas zerwać coraz bardziej stanowczo z wielopokoleniową dysfunkcją i przywrócić równowagę emocjonalną kolejnym pokoleniom. Ja przynajmniej mam dość takiego wychowania i nie zamierzam przekazywać go dalej. Mam duże wsparcie w osiągnięciach psychologii i tego się trzymam. Na święta też już do nich nie przyjadę. Także zabijam relacje z babką, matką i bratem ostatecznie. I huj.

 

Pogody ducha,
Szrek.