Wsłuchaj się w ból

Źródło obrazka: tutaj

Tytułowe hasło, to moje najnowsze odkrycie. Od kilku tygodni testuje tę radę i przyniosła ona dla mnie jedna z najbardziej zdumiewających i pożytecznych efektów jakie teraz pamiętam. Może dlatego, że inne przełomowe hasła są już dla mnie tak oczywiste, że nawet nie traktuje ich jako przełomowe, choć kiedyś były nie do pomyślenia u mnie. To możliwe. W każdym razie odkąd zacząłem wsłuchiwać się w ból to moje relacje z bliskimi osobami nabrały głębokości.

Moja obecna sytuacja wygląda tak, że jestem zdecydowanie bardzo związany z Internetem. Zwłaszcza moje życie towarzyskie – zwłaszcza moje głębokie relacje z ludźmi. Jak dotąd bardzo łatwo i naturalnie przychodziło mi nawiązywanie słabych relacji ze znajomymi. Na fejsie mam chyba z 2200 znajomych, których rzecz jasna w 1/3 w ogóle nie kojarzę już nawet. W realu też mam sporą sieć kontaktów znajomych mi osób z różnych inicjatyw, w które chętnie się włączam. Jednakże moje życie wypełnione jest w dużej części przez uczucie pustki i samotności. A wszystko to przez – najprawdopodobniej – lęk przed odczuwaniem nieprzyjemnych uczuć, tj. odrzucenia, zależności, zazdrości, porażki, poczucia niskiej wartości, ośmieszenia, zranienia.

W sumie to myślałem, że tych uczuć jest więcej, ale jak przychodzą mi na myśl sytuacje, których się obawiam, to w zasadzie sprowadzają się one do tych kilku uczuć. Wszystkie te uczucia wiążą się z bólem. I mimo, iż teraz też cierpię z samotności, to jak dotąd to uczucie było mniej dotkliwe niż potencjalnie mogłyby być te uczucia wymienione wyżej. Co więcej, będą w związku, trzeba by się otworzyć, bo jak ktoś jest blisko, to nie da rady długo się przed nim ukrywać. Ta druga osoba – albo osoby w przypadku bliskich przyjaciół – zobaczą w końcu jaki jestem naprawdę i tego też się boję. Może to się bierze stąd, że nie bardzo wierzę, że ktoś widząc mnie takim jakim jestem nie przestraszy się, i że będzie w stanie mnie takim zaakceptować.

Ta cała sytuacja wiąże się z bólem. Ja zostałem wychowany w przekonaniu, że bólu należy za wszelką cenę unikać. Że ból, to jest coś bardzo złego i trzeba się go jak najszybciej pozbyć, żeby nie zabił. Dobrze to ilustruje pewna sytuacja, na którą kiedyś zwróciłem uwagę:

Przyszedłem do babci w odwiedziny i powiedziałem, że boli mi głowa. Na moje słowa babcia ożywiła się i jakby z lekkim zdenerwowaniem powiedziała: „To weź tabletkę”.

Można powiedzieć, zwykła sytuacja jak każda. Ale w moim przekonaniu jest nieco inaczej. Wg. mnie ta sytuacja doskonale obrazuje przekaz jaki wpoiła mi moja rodzina: Gdy odczuwasz ból, to musisz go się jak najszybciej pozbyć.

Pewnie dlatego, tak zdziwiły mnie słowa mojego terapeuty gdy niedawno powiedziało mnie:

Wsłuchaj się w ból”.

Jak tylko wypowiedział te słowa, pomyślałem sobie, że zwariował, że chce żebym cierpiał, albo że już wcale mu nie zależy na tym, żeby mi było lepiej, tylko realizuje już jakieś swoje własne cele. Było to dla mnie coś tak abstrakcyjnego i niepojętego, że aż mnie zatkało – co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w moim przypadku. Po prostu byłem w ogromnym dysonansie poznawczym, mówiąc naukowo (więcej o nim pisałem tutaj).

Po chwili ochłonięcia i przeanalizowaniu słów, które usłyszałem, dałem mu informację zwrotną (o której jeszcze pewnie napiszę, bo temat warty uwagi):

„Jak Pan to powiedział, to pomyślałem sobie, że nic bardziej bezsensownego w życiu nie słyszałem, bo całe moje życie byłem wychowywany w przekonaniu, że bólu trzeba za wszelką cenę unikać. To tak jakbym miał sam sobie zadawać ból i zastanawiać się co on ma mi do powiedzenia.”

Terapeuta mi wytłumaczył, że tu nie chodzi o to, by samemu sobie zadawać ból, w sensie, żeby tworzyć nowy, tylko, żeby dokładnie poczuć ból, który już jest i zastanowić się co mi mówi o sytuacji, w której się znalazłem. Co mi mówi o mnie? Co chce mi przekazać? Jakie mogę wyciągnąć wnioski na przyszłość, dzięki temu?

Gdy zacząłem wsłuchiwać się w ból, to na początku w ogóle mi to nie szło, bo zaczęły mi się przekształcać różne uczucia, które nawet świadomie wiedziałem, że to jest to uczucie np. samotność, ale czułem zamiast tego np. zdenerwowanie, podniecenie seksualne itp. Jednakże od tamtej pory zacząłem częściej pozwalać sobie na przeżywanie tych uczuć, trochę z ciekawości i z niedowierzaniem, że to może mi przynieść coś dobrego w ogóle.

Co się stało z czasem? Obecnie jest tak, że przeżywam czasem trudne chwile, ale coraz łatwiej jest mi sobie z tym poradzić. W sensie nawet jeśli wydarzy się jakaś sytuacja, która powoduje u mnie nieprzyjemne uczucia to przeżywam je. Wyciągam wnioski, zamykam sprawę i idę dalej. I już ich nie ma. A wcześniej to mimo, iż próbowałem ze wszystkich sił unikać i ukrywać różne uczucia, to i tak one we mnie siadały i nie dały się wyprowadzić. Więc szedłem z takim coraz większym balastem przez życie, aż do chwili, gdy sytuacja stała się nie do zniesienia. Wtedy chciałem się zabić, ale to opowieść na inny czas.

Co dla mnie najbardziej radosnego z tego doświadczenia, to to, że odkąd zacząłem się wsłuchiwać ból, to coraz mniej boję się bliskich relacji. Wczoraj pierwszy raz od bardzo dawna sam z siebie z chęci przebywania zaprosiłem do siebie trochę dalszych kolegów. Pogadaliśmy na różne tematy pograliśmy trochę w gry i poczułem, że wcale nie jest tak ciężko, jak mi się wydawało. Dla mnie to jest znak, że zaczynam się otwierać na bliższe głębsze relacje i przypisuję tę zmianę właśnie wsłuchiwaniu się w ból.

Bo jak się z czymś przebywa dłużej, to to już przestaje być takie obce, straszne i zagrażające. Jak mam teraz coraz więcej doświadczeń przebywania z bólem i w konsekwencji tego, że nic się strasznego nie dzieje, to chętniej i odważniej podejmuje działania, które bardzo chciałem, ale bałem się „bycia zabitym” przez przykre uczucia – jakkolwiek teraz irracjonalnie to dla mnie brzmi.

Pogody ducha,
Szrek.