Sukces to iluzja szczęścia cz.2

Źródło obrazka: tutaj

Ostatnio zacząłem pisać o sukcesie (mam na myśli wpis dostępny tutaj), ale nie udało mi się wyrobić w jednym wpisie, więc kontynuuje temat dalej.

Ktoś teraz może powiedzieć: No dobrze Szrek, ale może Ty piłeś i tak dużo pracowałeś i byłeś taki niezadowolony, bo byłeś takim ciamajdą i fajtłapą, że nie potrafiłeś zarobić pieniędzy. Może jakbyś zarabiał, to sukces okazałby się dla Ciebie właściwą ścieżką szczęścia?

W przekonaniu, że to nie chodzi o to, czy ktoś zarabia pieniądze czy nie, utwierdziła mnie pewna historia, którą słyszałem na jednym ze szkoleń o biznesie – prowadzonego przez słynnego na całą Polskę duchownego! Powiedział on, że po jednym ze szkoleń przyszedł do niego pewien mężczyzna mówiąc, że ma pytanie i czy może mu je zadać. Ten zgodził się, na co mężczyzna rzekł: Moja obecna sytuacja jest taka: mam 1 milion euro pasywnego dochodu rocznie, bo siedzę w zarządzie kilku spółek, w których nic nie muszę robić. Mam 60 lat. Mam żonę, z którą dobrze mi się wiedzie. Mam dzieci na studiach, z których też jestem dumny. I teraz tylko zastanawia mnie jedna sprawa: dlaczego chcę się zabić? Miałem już takie myśli, gdy miałem ok 40 lat, ale wtedy nadarzyła się okazja w pracy i przestałem o tym myśleć.

Jak widać to, że ktoś ma wszystko co sobie zaplanował, osiągnął wszystkie cele jakie miał – oczywiście można sobie postawić większe cele, że będzie zarabiał 2 miliony euro rocznie, tylko po co? – i jednak nie był szczęśliwy. A są ludzie, którzy żyją bardzo skromnie, może nawet ledwo wiążą koniec z końcem i czują się szczęśliwi (o szczęściu pisałem już we wpisach tutaj)

Miedzy innymi po doświadczeniach zebranych wyżej teraz już wiem, że sukces to iluzja szczęścia. Że to tylko pewne wyobrażenie. Nawet pewien zespół – który uzyskał jakiś rozgłos w Polsce, bo przypuszczam, że poznasz słowa piosenki, które zacytuje – śpiewał w swojej piosence: Droga na sam szczyt, a tam nie ma nic. Tylko ślady po… pokoleniach…

Ja z tymi pokoleniami to bym nie przesadzał za bardzo, bo czytałem w książce, która baaaardzo mi się podoba (i o której na pewno będzie jeszcze oddzielny wpis), czyli Męskość. Nowe spojrzenie, że kiedyś ludzie bardzo mało pracowali i żyli dużo wolniej. Z tej książki dowiedziałem się, że podobno jeszcze 100 lat temu ludzie pracowali – UWAGA – po 2-3 godziny dziennie! Bo podobno tylko tyle potrzebowali, by zdobyć jedzenie i zadbać o dom. Resztę czasu spędzali na życiu społecznym. Na relacjach z ludźmi. Na byciu razem po prostu. Co więcej podobno gdy wchodziły maszyny i komputery to panowało przekonanie, że teraz to już w ogóle ludzie nie będą pracowali. A co się stało?

Okazało się, że ludzie zaharowują się prawie na śmierć – jak nie omal było to w moim przypadku. Ludzie w dzisiejszych czasach często pracują po kilkanaście godzin dziennie. A już standardem jest, że 8 godzin pracy dziennie to norma. Czy to jest nasz naturalny porządek świata? Czy tak powinno być? Zastanawiam się jak to się ma do możliwości tworzenia szczęśliwych relacji z ludźmi, a co za tym idzie prawdziwego szczęścia (o którym pisałem tutaj)? Ja teraz pracuję 15 godzin tygodniowo i bardzo dobrze mi z tym. Żyję skromnie, ale mam dużo czasu dla siebie i znajomych. Mogę robić to, co naprawdę chcę – np. prowadzić internetowy pamiętnik, który nie zajmuje dużo czasu, ale zawsze coś tam trzeba poświęcić. Mam czas na spotykanie się ze znajomymi, w kilku wspólnotach. Teraz czuję, że mam fajne życie 🙂

W książce „Żyj wystarczająco dobrze” przeczytałem, że prof. nadzw. dr. hab. n. med. Bohdan W. Wasilewski psycholog i psychoterapeuta powiedział: Człowiek ma ogromne zdolności adaptacyjne, ale trzeba pamiętać, że dzisiaj większość osób żyje na tzw. przerasowanych silnikach. To tak, jakbyśmy z fiata chcieli na siłę zrobić hondę. Chodzi o to, żebyśmy nie robili z siebie hondy. Żebyśmy żyli z umiarem. W innej części tej książki przeczytałem: Powinniśmy żyć poniżej swoich możliwości, bo jak przyjdzie kryzys, to żeby został  nam zapas sił na zajęcie się nim. Dla mnie to ma sens, no bo jak poradzi sobie z kryzysem ktoś, kto już przed kryzysem był wyczerpany?

Co to znaczy dla mnie? Dla mnie to oznacza, że mam skończyć z gonieniem z jakimś wymyślonym sukcesem, tylko żyć tak jak mi pasuje. Cieszyć się życiem tu i teraz, bo nie wiadomo ile mi go zostało. Co mi z jakiegoś sukcesu kiedyś tam? Przecież nawet jak go osiągnę, to pocieszę się nim max kilka tygodni i mi się z nudzi. Wtedy będę musiał wymyślić nowy cel, żeby osiągnąć nowy sukces i znów za kilka lat cieszyć się chwilą szczęścia. Ja tam wolę już teraz być przeciętny i cieszyć się każdą spędzoną chwilą w życiu, niż tylko kilka razy osiągając jakiś sukces.

Kiedyś w zawrotny sposób toczyła się część mojego życia i cieszę się, że mam to już za sobą. Teraz wiem, że to dzięki cierpliwości i mądrości terapeutów oraz wsparciu mojej wspólnoty, mogę cieszyć się spokojem życia jaki prowadzę trzymając się z dala od gonieniem za sukcesem. Teraz czuję się szczęśliwy tu gdzie jestem. Takim jakim jestem. Nie potrzebuje nic robić, żeby być zadowolony. Nie potrzebuje nikomu niczego udowadniać, ani niczego osiągać, by czuć że jestem wartościowym człowiekiem. By być kimś. Teraz wiem to, że jestem kimś i każdy jest kimś cokolwiek by nie robił w życiu.

Na koniec fragment filmu „Siła spokoju”, którego ogólnie polecam do obejrzenia w całości, bo ciekawie moim zdaniem przedstawia temat sukcesu:

Pogody ducha,
Szrek.