Sukces to iluzja szczęścia cz.1

Źródło obrazka: tutaj

Na temat sukcesu mógłbym pisać przez kolejne kilka wpisów, z racji tego, że temat ten był przewodnim motywem pewnej części mojego życia. Mimo tego, że starałem się zmieścić w jednym wpisie, to chcąc w miarę dokładnie opisać przynajmniej kilka rzeczy, to jestem zmuszony opisać ten temat w dwóch wpisach. Wolę napisać dwa krótsze wpisy niż jeden bardzo długi, bo sam nie lubię czytać długich wpisów, więc zaoszczędzę tego i Tobie.

Pierwszy raz na własnej skórze doświadczyłem tego pojęcia gdy zacząłem pracować w ubezpieczeniach. To była firma ogólnopolska, więc stać ją było na szkolenia z najlepszymi trenerami w Polsce. Szkolił nas min. człowiek, który szkolił reprezentację Polski w siatkówce, gdy jechali na olimpiadę. Wszyscy pracownicy dużo o nim mówili. Byli nim zachwyceni. Z ekscytacją wspominali czas z nim spędzony i odliczali czas do kolejnego spotkania z nim.

A więc zanim go jeszcze poznałem, to już był moim wielkim autorytetem i gdy uczestniczyłem w jego szkoleniu to dosłownie zapisywałem prawe wszystko co mówił. Następnie jak wróciłem do domu to robiłem wszystko co mówił. Wprowadzałem w czyn wszystkie jego rady. Dużo mówił o celach, planowaniu i sukcesie. Sukces stawiał on w samym centrum, końca drogi, którą miałem przebyć. Ale to tylko teoretyczny koniec, bo on sam powiedział, że jak osiągniesz wszystkie swoje cele, to znaczy, że za małe one były.

Był jednoznacznie przekonany o tym, że sukces to sens życia. To jedyna wartość, której należy podporządkować całe swoje życie, jeżeli chce się być wartościowym człowiekiem – jakby na razie jego słuchacze byli źli, lecz gdy spełnią jego oczekiwania, albo kogoś tam, to dopiero wtedy będą mogli powiedzieć o sobie, że są wartościowi i ważni. Być kimś. Jakby do tej pory ludzie nikim nie byli. Nigdzie się nie urodzili, nigdzie się nie wychowali, nie mieli rodziców, nikt się nimi nie opiekował, nie mieli żadnego środowiska, w którym wyrastali.

Jednakże ja zaślepiony „jedynym słusznym” działaniem wg jego zaleceń – a dokładniej to raczej rozkazów – zacząłem robić ogromne plany. Wizualizacje były na moich ścianach. Moje życie nabrało pędu. Miałem zaplanowaną każdą minutę swojego dnia/tygodnia/miesiąca (przychodzi mi tu na myśl Mały Książe, ale o tym w innym wpisie). Pracowałem od 7 rano do 1 w nocy. Nie było ani chwili na zmarnowanie czasu.

Trochę mi to teraz przypominało podobną scenę jak z obrazka: nosorożec biegnący na bieżni na ścianie ma naklejony konia

Mimo, iż pracowałem bardzo starannie i przykładałem się z maksymalną wydajnością do swoich zadań, to nie miałem zbyt dużych wyników finansowych. Moi szefowie się temu dziwili i powiedzieli, żebym zrobił sobie „bilans dnia” i zobaczył w czym może być problem. Gdzie mogę tracić ten czas, że brakuje wyników. Bilans polegał na spisaniu sobie dokładnie wszystkiego co robię od rana do wieczora. Minuta po minucie, przez dwa dni.

Z bilansu wyszło, że w ciągu dnia zdarzyło mi się „zmarnować” 1 godzinę przed komputerem na facebooku. Miałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Zastanawiałem się: Dlaczego pozwoliłem sobie na taką chwilę słabości? Przecież wiem, że teraz mój sukces przesunął się w czasie o 1 godzinę… Potem jakoś się z tym pogodziłem i mój szef spojrzał na mój bilans i powiedział: „Pół godziny jazdy autobusem? Coś kręcisz…”. Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem co chciał mi przez to powiedzieć. A że to był człowiek, którego też szanowałem w firmie, to szukałem przesłania, które się kryje za jego słowami. Byłem przekonany, że jeśli to odkryje, to dowiem się, jak zarabiać ogromne pieniądze.

Teraz wiem, że on po prostu nie wierzył mi, że jak tak wypełniam swój dzień i tak się przykładam. Ostatecznie niezbyt wiele udało nam się ustalić, więc ja kontynuowałem swoje działanie. Starałem się maksymalnie dobrze wykorzystać swój czas. Nawet na imprezy nie chodziłem jeśli nie mogłem tam spełnić co najmniej 3 celów. Gdy jeździłem samochodem to słuchałem audiobooków i starałem się maksymalnie dużo z nich wyciągnąć. Jakich audiobooków słuchałem? Oczywiście takich, które mówiły, żeby jeszcze więcej pracować i nie ustawać w staraniach, a to wzmacniało moją postawę.

Byłem tak przemęczony, że miałem 2 stłuczki autem. Wtedy uznałem, że może te audiobooki w aucie to przesada, ale za nic nie chciałem odpuścić, bo przecież chciałem osiągnąć sukces. Zyskiwałem ogrom doświadczenia i uznania w pracy i wśród znajomych, ale to nie powodowało, żebym więcej zarabiał. Wszyscy moi przełożeni się temu dziwili, dlaczego tak jest. I ja też się temu dziwiłem. Chociaż wtedy nie potrzebowałem pieniędzy, bo miałem inne źródło utrzymania. Więc cele swoje włąściwie osiągałem, którymi było uznanie innych i potrzeba bycia wartościowym człowiekiem. Zacząłem mieć stany depresyjne, które trwały po kilka dni. W końcu przestały mnie już zadowalać i dużo piłem alkoholu. W sumie, to alkohol piłem dużo wcześniej w dużych ilościach.

Wtedy – naprawdę – przypadkiem trafiłem na terapię (w innym wpisie może napiszę jak to się stało dokładnie) i na terapii zaczęto mi mówić coś odwrotnego niż to, co do tej pory uważałem o życiu. Że zdrowe i szczęśliwe życie osiąga się powoli. Że już jestem kimś. Że nie potrzebuje żadnych zewnętrznych warunków do spełnienia, żebym mógł się czuć wartościowym człowiekiem.

Terapeuci z racji powszechności ich zawodu i państwowego finansowania – a jak wiadomo Państwo Polskie oszczędza na czym może, wiec jakby coś bardzo dobrego tutaj się nie działo, to na pewno by ich nie utrzymywali – mieli u mnie większy autorytet niż ludzie u mnie w firmie. Dziwiłem się, dlaczego psychologowie mają takie dziwne przekonania i podejrzewałem, że są po prostu zacofani i nie znają się na biznesie. Jednak postanowiłem zrobić co kazali, żeby odhaczyć terapię i dalej robić swoje. Okazało się jednak, że moja nauka o życiu dopiero się zaczynała. Na terapii dopiero zacząłem się uczyć jak żyć i jak być szczęśliwym. Zacząłem się przekonywać w jak wielkim błędzie tkwiłem… i jak mało brakowało do tego, żebym się z tego wszystko nie zabił.

Byłem już na skraju wyczerpania, psychicznego głównie, ale fizycznego też. Często bolała mnie głowa. Nie przejmowałem się tym, bo przecież kto by się przejmował bolącą głową? Ale jak mnie zaczęło od tej głowy boleć oko, to już się zaniepokoiłem. Zapytałem mojego kolegę, który studiował medycynę, co to może być i on powiedział, że nie wie. To mnie wystraszyło. Postanowiłem więc wyjechać i przemyśleć sprawę co robić. Gdy po 3 dniach oderwałem się od moich zajęć, ból ustąpił. Pomyślałem wtedy Skoro już nie boli, to mogę dalej pracować. Ale uświadomiłem sobie przyczynę bólu, czyli lekkie przemęczenie.

To tyle na dzisiaj, tak jak napisałem wyżej kolejna część mojego wpisu będzie w czwartek, mam nadzieję, że wytrzymasz jakoś 🙂

Pogody ducha,
Szrek.