Straciłem moc

Źródło obrazka: tutaj

Coś za coś.

Kiedyś słyszałem, że pewien pisarz zgłosił się do bardzo dobrych psychologów z prośbą o wyleczenie go z tendencji do depresyjnego stany, do którego miał skłonności. Wtedy oni powiedzieli mu:

No dobrze, możemy zaingerować w Pana sprawie, ale bardzo możliwe, że wtedy straci Pan swój talent pisania. Taka jest cena.

Nie wiem jak skończyła się ta historia, ale widzę, jak toczy się moja. A mianowicie, w ostatnim czasie zauważam bardzo wyraźną zmianą. W usposobieniu, w przekonaniach, z sposobie myślenia, w metodach badania rzeczywistości, w wyrażaniu uczuć (o uczuciach tutaj), w udawaniu.

Mam coraz większe problemy z udawaniem kogoś kim trzeba być. Mam coraz większe problemy z dostosowywaniem się do sytuacji w taki sposób jaki trzeba. Coraz bardziej po prostu jestem taki jaki jestem. Zauważam tego plusy i minusy.

Dużym dla mnie plusem tego jest to, że odnoszę wrażenie, że zdrowieje. Piszę, że to wrażenie, bo nie jestem psychologiem, żeby to diagnozować.

Minusem jest to, że niektórzy ludzie zaczynają mnie nie lubić. Zaczynam być coraz bardziej wyraźny, a to znaczy, że znajdzie się coraz więcej osób, którzy będą mnie jeszcze bardziej lubić i którzy będą mnie coraz mniej lubić. Niby dobrze, bo przecież mogę mieć to w dupie kto mnie nie lubi, niech się goni. Ale z drugiej strony w pracy, którą niegdyś wykonywałem na pełny etat, a teraz wykonuję tylko dorywczo mam do czynienia z ludźmi. I to z takimi bardzo wrażliwymi na swoim punkcie. Takimi dla których najlepiej jest zapomnieć o wyrażaniu wszelkich nieprzyjemnych emocji, np. złości czy niechęci.

I chociaż teraz też staram się to robić, to i tak wychodzi mi to dużo słabiej niż kiedyś. Kiedyś byłem niemalże noszony na rękach, za to, że potrafię tak całkowicie zatrzymać wyrażanie nieprzyjemnych uczuć. Otrzymywałem prezenty, byłem wychwalany i oferty kolejnych zleceń sypały się na lewo i prawo.

Obecnie widzę, że straciłem część tej mocy. Jestem bardziej oziębły, mniej delikatny, bardziej surowy i wymagający. Mniej kompromisowy, bardziej zdecydowany, no i bardziej agresywny. Kiedyś myślałem, że bycie agresywnym to czyste zło. To coś, co jeśli tylko – nie daj Boże – dopuszczę choć trochę do siebie, to zniszczy i mnie i moje wszelkie relacje z ludźmi.

Dzisiaj dość często wyrażam niezadowolenie, złość, agresję itp. Jakoś żyję, jakoś mam znajomych i przyjaciół – co raz więcej! Coraz bardziej jestem z nimi zżyty. Jedynie ceną jaką płacę za to wyrażanie emocji i bycie takim jakim jestem jest to, że do niektórych zawodów przestaje pasować. Wcześniej potrafiłem dostosować się do każdego zadania. Trzeba było wypełniać papiery, wypełniałem. Trzeba było gadać z ludźmi, gadałem. Trzeba było poznawać i rozumieć cyfry, poznawałem. I wychodziło mi to całkiem nieźle.

Przed wczoraj pomagałem koleżance z pracy we wprowadzaniu do komputera pewnych danych. Zanim to zaczęliśmy robić, to jeszcze chciała upewnić się, że wszystko dobrze wpisane. Zaczęliśmy więc chwilowo pracę z papierami. Ja po 2 minutach odczułem silny ból głowy i zacząłem być rozkojarzony. Myślami uciekałem do innych spraw, np. poczułem silną chęć akurat teraz kupienia sobie kanapki. Powiedziałem więc, żeby ona sama to chwilę po sprawdzała, a ja zaraz wracam. Nie mogłem znieść takiej pracy. Kiedyś, to bym się zmusił do tego bez względu na moje uczucia. Dzisiaj, gdy kieruje się głównie uczuciami, to zmuszanie przychodzi mi z dużym trudem.

To chyba dobrze, to chyba tak ma być, choć trochę tęsknie za moimi wcześniejszymi umiejętnościami, ale w tamten sposób już nie potrafiłem dalej żyć.

 

Pogody ducha,
Szrek.