Przeziębiłem się

Źródło obrazka: tutaj

– Wystarczy zmienić myślenie.
– To takie proste, prawda?

Niedawno spotkałem się z tym cytatem czyjegoś autorstwa. Szczerze, to większego banału dawno nie słyszałem. Jednakże pierwsze zdanie z mojego punktu widzenia jest całkiem ciekawie brzmiące, a drugie bardzo nie prawdziwe.

Ostatnio przeczytałem w pewnych materiałach psychologicznych: „Ludzie uzależnieni nie chcą zmieniać rzeczywistości. Oni chcą zmienić swoje postrzeganie rzeczywistości.” Czyli dążą do szczęścia w taki sposób, by tylko widzieć rzeczywistość w inny sposób niż obecnie. Zgodnie z tym – z mojego punktu widzenia – sposób patrzenia decyduje o tym czy coś jest dobre czy złe – bardzo generalizując rzecz jasna. Choć to chyba bardziej chodzi o to, czy ta rzeczywistość jest do przyjęcia czy nie, ale to szczegół.

Czyli wniosek jest łatwy. „Wystarczy zmienić myślenie.” I już to, co dokuczało staje się przyjazne. Przychodzi mi tu na myśl scena z filmu „Dzień Świra” (możesz go zobaczyć tutaj) w której to dla głównego bohatera bardzo przeszkadza dźwięk odbijającej się od podłogi kulki u sąsiadów na górze. Gdy do nich zachodzi okazuje się, że to mała dziewczynka bawi się piłką. W tym towarzystwie gdy bohater puszcza raz jeszcze piłkę okazuje się, że ta głośna jeszcze przed chwilą piłka staje się praktycznie niesłyszalna. Rzeczywistość się nie zmieniła, tylko punkt widzenia. Przybyło kilka pewnych informacji, które prawdopodobnie wpłynęły na to, że piłka „zmieniła swoje właściwości”. A w rzeczywistości zmieniło się tylko myślenie na temat rzeczywistości – interpretacja jej.

Mimo to, wg mnie to nie jest ani tak skuteczne za każdym razem, ani łatwe. Dużą część życia spędziłem na tym by wmawiać sobie, że dzieje się całkowicie coś innego niż działo się w rzeczywistości. Zmieniałem wizję rzeczywistości – system iluzji i zaprzeczeń – próbowałem wyprzeć się uczuć. Miałem przykaz, żeby nie mówić, że coś jest ze mną nie tak. Nauczyłem się nikomu nie ufać, wszystko sprawdzać. Albo w innych przypadkach miałem wierzyć wszystkiemu i nie zadawać pytań. Byłem zdany na łaskę lub nie łaskę osób, które się mną opiekowali. Miałem bezkrytycznie przyjmować wszystko co mi mówiono. Tylko czekałem na instrukcje.

W związku z tym, jak zacząłem dorastać, a instrukcje powoli zaczęły się kończyć, bo przecież na studia każdy idzie, ale co po studiach? Wtedy coraz bardziej zacząłem się gdubić w życiu, a tak naprawdę, to dopiero w pełni zacząłem się przyglądać jak bardzo zrujnowane jest moje życie i mój sposób spostrzegania świata.

Wyrosłem z domu, gdzie nikt mnie nie słuchał, wmówiono mi, że moje uczucia były złe – a więc zabrano mi naturalny kompas do orientowania się w świecie. Pewnie gdyby nic nadzwyczajnego – jak terapia – by się nie stało, to o ile bym przeżył, to zostałbym w domu, czekając na dalsze instrukcje jak żyć, bo byłem kompletnie nie przystosowany do życia. A moi opiekunowie nie mieli zbyt optymistycznego planu dla mnie: siedź w domu niedorajdo, nie potrafisz sobie poradzić w życiu i jesteś zakałą rodziny. Oczywiście dziewczyny bym sobie nigdy nie znalazł, bo to konkurencja dla mojej mamy. Może skończę w tym miejscu moje wyobrażenia na temat tego co mogłoby być.

Ku lekkiemu pokrzepieniu może napiszę co się stało – w rzeczywistości. W wieku 23 lat jak byłem już na skraju załamania życiowego, gdy myśli samobójcze były na porządku dziennym. Gdy do tego by zaczęło mi się kręcić w głowie wystarczyło 1 piwo, a żeby urwał mi się film 3 piwa. Gdy leżałem w łóżku po 3 dni kompletnie nie wiedząc jaki jest sens wstawać z łóżka i robić cokolwiek. Gdy zacząłem mieć lekkie kłopoty z mówieniem, pisaniem i przypominaniem sobie poszczególnych rzeczy które robiłem w niedalekiej przeszłości.

Trafiłem na terapię. Teraz uważam, że to Bóg mnie tam skierował. Okoliczności były dla mnie nie wyjaśnione do dzisiaj – o tym może innym razem. W każdym razie na terapii dowiedziałem się w jak ogromnie tragicznej sytuacji jestem i że – dosłownie – grozi mi śmierć.

Na terapii poznałem inny sposób życia. Pełen miłości, akceptacji i wolności. Zacząłem widzieć rzeczywistość w sposób dużo bardziej prawdziwy niż kiedykolwiek – oczywiście po czasie. Dzięki wytrwałości i bezgranicznemu zaufaniu – do którego przywykłem w domu. Akurat w tym przypadku to – jestem pewien – uratowało mi życie. Inaczej pewnie, albo zamarzł bym na którejś ulicy po imprezie – co kilka razy mało brakowało – albo bym się powiesił, jak mój bardzo dobry kolega, do którego terapia nie dotarła w taki sposób jak do mnie.

Teraz jak to napisałem, to myślę sobie, że smutne te moje życie. Ale co zrobić? Takie otrzymałem. Innego raczej mieć nie będę. Więc mogę albo stwierdzić, że nie chcę takiego życia i sobie je odebrać. A mogę przyjąć je i żyć na tyle na ile siła wyższa – jakkolwiek by ją pojmować – mi pozwoli.

Mogę też dzielić się swoim doświadczeniem z innymi, tak jak inni kiedyś podzielili się nim ze mną umożliwiając mi wybrać zdrowszą drogę, a tym samym ratując mi życie. Choć wiem jak to jest trudne.

Pogody ducha,
Szrek