Pokora to szczęście

Źródło obrazka: tutaj

Średnio kilka razy w tygodniu słyszę jakiś przepis na szczęście. W artykułach czytam różne teorie, w których coraz częściej potrafię się połapać. Z niektórymi się zgadzam, a z innymi nie. Kiedyś to wyglądało inaczej, bo kiedyś brałem wszystko na poważnie nie widząc czego chcę i co jest prawdziwym szczęściem dla mnie. Czułem się zagubiony. Obecnie ze wszystkich mądrości, które usłyszałem zarówno na terapii, jak i we wspólnocie (jak to możliwe, że o niej – wspólnocie – jeszcze nie pisałem?) czuję, że mniej więcej znam kierunek, który może poprowadzić mnie do szczęścia.

Odkąd pamiętam, zawsze szukałem jakieś wzoru na życie. Jakieś stałego punktu odniesienia, który wyczerpywałby moje zapotrzebowanie na szukanie szczęścia. To moje podejście po raz pierwszy trafnie nazwał dla mnie pierwszy szef – cytuję z pamięci -: „Ty to Marek chciałbyś mieć gotowy wzór. Chciałbyś wiedzieć, że to się robi tak, tak i tak. I że nie ma już innej możliwości.”. On to wtedy skierował do mnie jako lekki zarzut, ale ja uświadomiłem sobie, że to było dokładnie to co robiłem przez całe życie odkąd pamiętam. Mój szef mówił to wtedy w odniesieniu do pracy, ale ja w tamtym momencie wiedziałem, że to tyczy się znacznie większej części mojego życia.

No bo dlaczego miałoby tak pięknie nie być? Dlaczego nie można by mieć jednego przepisu na życie, dzięki któremu wiadomo jak żyć? Wiele ludzi, których – uważam za mądrych – spotkałem w swoim życiu byli podobnego zdania jak ten mój szef. Twierdzili, że nie ma jednej uniwersalnej recepty na szczęśliwe życie. Twierdzili tak, mimo iż jednocześnie pokazywali mi, co jest dla mnie dobre, a co nie jest, choć tak nie wyglądało na pierwszy rzut oka.

Nie uwierzyłem im do końca, z tym, że nie warto szukać przepisu na szczęście, bo go nie ma. Teraz wiem, że było warto. Bo gdybym im uwierzył – choć byli dla mnie bardzo wiarygodni i wiele razy robiłem dużo rzeczy wbrew sobie na ich polecenie (chodzi tu o ufność, o której jeszcze napiszę) – to zaprzestałbym szukania. Jedna terapeutka nawet wprost mi powiedziała, że – cytuję z pamięci – „szkolenia mi szczęścia nie dadzą”. Choć się później z tego subtelnie wycofała widząc jak bardzo byłem zawiedziony i rozczarowany tymi słowami – od początku przyjąłem zasadę, że wszystko co powie terapeutka to święte (ale o tym w innym artykule o ufności). Gdybym uwierzył, że bez sensu jest szukać szczęścia w szkoleniach i w rozwijaniu samego siebie, to pewnie nie byłbym tutaj gdzie jestem – dosłownie, nie żył bym, straciwszy nadzieję.

Jednakże ja nie uwierzyłem i dzięki temu trafiłem do mojej wspólnoty, za sprawą której dzisiaj autentycznie czuję, że moje poszukiwania szczęścia dobiegają końca. Oczywiście jestem na początku drogi rozwijania się w tej wspólnocie, ale już teraz widzę, jakie daje efekty. Teraz wiem co mam robić. Uważam, że dużo lepiej wiem co jest dla mnie szczęściem. Czym mam się kierować w życiu, na co uważać i co zrobić, żeby być w pełni szczęśliwym.

Oczywiście z pewnością domyślasz się, że żeby powiedzieć, jak to osiągnąć i przedstawić Ci w miarę zrozumiale tę drogę, którą poznałem, to będę potrzebował nie jednego jeszcze artykułu, ale teraz mogę Ci wyjawić samą esencję i koniec drogi – cel – jaki należy osiągnąć, zgodnie z założeniem, które poznałem, aby być prawdziwie szczęśliwym człowiekiem.

Otóż, moje obecne przekonanie jest takie, że jeśli chcę być prawdziwie szczęśliwym człowiekiem w życiu to powinienem dbać o pokorę.

Być może spodziewałaś się czegoś innego. Czegoś bardziej wystrzałowego lub efektownego. A tu taka pozornie prosta sprawa. I powiem Ci, że każdy alkoholik, który przychodzi do naszej wspólnoty i jest w stanie wyćwiczyć w sobie odpowiednio dużo pokory, to obserwuję jak zaczyna być szczęśliwy. Do tego stopnie, że nie tylko już nie potrzebuje pić. On wręcz nie chce już pić. Gdy zacząłem ćwiczyć pokorę i na krótkie momenty zaczęło mi się to udawać, to poczułem stan jakiego nie pamiętam, abym miał kiedykolwiek wcześniej.

Np. ostatnio jak pamiętam na pewien czas odeszło to uczucie samotności i pustki, które mi towarzyszyły do tej pory. Czułem się wypełniony czymś, co nie łatwo jest określić. Takim poczuciem wszechogarniającego szczęścia. Nie potrzebowałem już niczego więcej do szczęśliwego życia. Mimo, że fizycznie nic się nie zmieniło. Nikt ani nie odszedł, ani nie przybył ze znajomych. Po prostu wykonałem kilka rzeczy, które wzmacniały pokorę. Ludziom, z którymi spotkałem się w tym czasie wyraźnie udzielał się mój stan i widziałem po ich reakcjach, że dobrze się czuli w moim towarzystwie. A ja dobrze się czułem nawet z tymi, za którymi wcześniej nie przepadałem.

Co prawda po kilka dniach takiego stanu zachłysnąłem się tym i już myślałem, że nic więcej nie muszę robić, że już tak mam, taki jestem i tak mi zostanie. Niestety wraz z tą myślą pojawiła się pycha – przeciwność pokory – i całe to uczucie odeszło.

Jednak zapamiętałem to, co się wydarzyło i wiem, że to jest moje szczęście. I co jeszcze lepsze, to wiem co robić, żeby to powtarzać, ale tym razem nie musi to być na krótki okres. Wiem, że jeśli wystarczy mi pokory, żeby nie zachłysnąć się tym dobrodziejstwem, to mogę tak mieć na stałe! To jest dla mnie prawdziwe szczęście.

Chętnie podzielę się z Tobą tymi moimi poznanymi sposobami. Być może okażą się pomocne i Tobie. Choć tak jak pisałem wcześniej, to nie jest łatwe i potrzeba mieć baaaardzo dużo motywacji, żeby robić to co trzeba. Ja mam trochę łatwiej jeśli chodzi o motywację, bo ja nie wiem jak mam inaczej żyć i jeśli tego nie będę robić, to po prostu umrę – taki los alkoholika. A Ty pewnie masz swoją motywację, więc nie pozostaje mi nic innego niż w kolejnych – którychś tam – artykułach napisać jak to wygląda u mnie teraz. A i tak każdy weźmie dla siebie to, co chce wziąć i może mu się to do czegoś przyda.

Pogody ducha,
Szrek.