Najlepszą obroną jest atak

Źródło obrazka: tutaj

Można powiedzieć, powiedzenie stare jak świat, znane i każdy już o tym wie doskonale. Jednakże czy na pewno każdy jest o tym przekonany i czy stosuje je w życiu? Ja nie stosowałem, choć je znałem i początkowo uważałem, że jest prawdziwe. Później uznałem, że tak nie jest i nie będę atakował ludzi, bo to mało humanitarne. Postanowiłem „Zło dobrem zwyciężać” i uznałem, że dobro to jest brak ataku, czyli unikaniem ciosów oraz nie wymierzaniem własnych. Jednakże w mojej najnowszej pracy zostałem przymuszony, by zrewidować swoje poglądy.

Częściowo pracuje z ludźmi, którzy są zmuszeni do korzystania z usług mojej firmy. Nie chcą tego robić, ale nie bardzo widzą inną możliwość. W związku z tym, walka o przeprowadzenie całej procedury tak jak ją mamy określoną w firmie, wiąże się z jawnym oporem ze strony niektórych klientów. Od samego początku działalności w firmie postanowiłem przybrać za strategię by maksymalnie unikać atakowania klientów, bycia dla nich miłym i wyrozumiałym, licząc, że odwzajemnią mi tym samym. Choć inni pracownicy doradzali mi, żebym lepiej przystąpił do dyscyplinującego ataku, bo klienci wykorzystają to, jak ktoś będzie dla nich miły.

Jednakże ja pozostawałem niewzruszony i dalej kontynuowałem swoją miłą strategię. Na kilku klientów podziałało, ale nie na wszystkich. Ta garstka buntowników uważając, że można do mnie powiedzieć wszystko, bo ja i tak im nic nie zrobię spowodowało, że odechciało mi się tam pracować, a moja satysfakcja z życia w ogóle – delikatnie mówiąc – znacząco się obniżyła. Zastanawiałem się jak mam rozumieć to, że mi się nie udaje nie atakować ludzi, by wymusić na nich określone zachowanie.

Wtedy usłyszałem wypowiedź na temat walki mojego znajomego, który przez 20 lat był w wojsku, a przez ileś – być może całe 20 lat – był w Legii Cudzoziemskiej. Gdy zapytałem go o to, jak się najskuteczniej bronić powiedział – cytuję z pamięci -: „Unikanie ciosów nic nie da, tylko wkurzy napastnika i sprowokuje do dalszych ataków. Trzeba atakować, by przeciwnik poczuł, że mamy siłę”.

W sumie to moje pytanie bardziej dotyczyło jakiejś najlepszej techniki na samoobronę, a otrzymałem bardzo cenną wskazówkę dotyczącą życia – jak to ja interpretuje. Czyli ja to rozumiem, że w chwili konfrontacji muszę – przynajmniej trochę – pokazać, że mam siłę atakując przeciwnika. Muszę – tylko dla niektórych – powiedzieć jakiś zgryźliwy komentarz, wprost ocenić (o ocenianiu jeszcze napiszę wpis) negatywnie, nawet trochę wulgarnie czyjeś zachowanie albo skrytykować czyjąś postawę.

Przyznaje, że choć nie sprawia mi to przyjemności, bo jakoś naturalnie czuję, że to konstruktywnie nie buduje innych, to jednak wiele razy okazało się, że niektórzy właśnie tego potrzebowali, żeby zacząć nawiązywać ze mną przyjazną relację. W sumie, to mogłoby pomagać obniżać wybujałe ego (o którym napiszę coś w innym wpisie) i może to tak ma działać. Nie jestem psychologiem i nie wiem na czym to polega dokładnie, ale jeśli tak to u mnie zadziałało, to znaczy, że może tak ma być. Jeszcze to sprawdzam i testuje w różnych sytuacjach. Najbardziej ćwiczę równowagę, pomiędzy całkowitymi unikami, a zdecydowanym atakiem.

Obecnie uważam, że takie drobne ataki wystarczą, żeby ktoś tylko poczuł, że mam czym atakować jakbym chciał, więc resztę czasu mogę skupić się na unikach, wybaczaniu i wyrozumiałości. Takie obecnie optymalne dla mnie proporcje to 5 uników na 1 atak. Zobaczymy dokąd mnie doprowadzi stosowanie tej strategii i może o tym jeszcze coś napisze.

Tymczasem zapowiem o czym napiszę kolejny wpis, a będzie on wyjątkowy za sprawą mojego najnowszego odkrycia dotyczącego miłości! Chyba poznałem czym jest miłość i czuję, że jakość mojego życia znacząco wzrosła, ale o tym w Poniedziałek. Miłego tygodnia 🙂

Pogody ducha,
Szrek.