Moje uzależnienie od dobra

Źródło obrazka: tutaj

Dzisiaj dokonałem pewnego odkrycia, więc od razu chcę się tym z Tobą podzielić. Chodzi o moje uzależnienie. Jak wiesz z zakładki o mnie jestem uzależniony od picia alkoholu. W sensie, w tedy gdy piłem alkohol nie wyobrażałem sobie życia bez alkoholu. Potem nie wyobrażałem sobie życia zarówno bez alkoholu jak i z nim, ale jak to się stało itp. to może zostawię na inny wpis.

W każdym razie, odkąd podjąłem leczenie to przestałem pić alkohol. I od razu zacząłem dowiadywać się mnóstwa rzeczy o życiu. Początkowo moimi przewodnikami byli terapeuci. To oni pokazali mi jakie są prawdziwe wartości w życiu, jak wygląda zwyczajne wartościowe życie. A ja chętnie się od nich tego uczyłem.

Potem trafiłem do wspólnoty (o której z pewnością napiszę dokładny wpis). We wspólnocie trafiłem na ludzi, którzy też pokazali mi jak należy wartościowo żyć. Tym razem już nie tylko w teoretycznej wiedzy, ale dowiedziałem się co należy robić, żeby żyć. Czyli okazało się, że to służba (o tym też z pewnością jeszcze napiszę) leczy. A w gruncie rzeczy, chodzi o pokorę która jest efektem służby (o pokorze pisałem tutaj).

To wszystko już wiedziałem od jakiegoś czasu, ale dzisiaj uświadomiłem sobie coś innego. A mianowicie przez około ostatni tydzień miałem bardzo intensywny czas. Spędziłem go trochę na służbie, trochę na dokształcaniu, a trochę na leczeniu. To, co przy okazji się wydarzyło, to to, że przez ten tydzień nie czytałem literatury z mojej wspólnoty. Po części dlatego, że uważałem, że byłem zmęczony (a byłem przemęczony), a po części dlatego, żeby zadbać o swoją anonimowość.

I jakoś tak wyszło na to, że w końcówce tego tygodnia, byłem tak wyczerpany, rozdrażniony i rozgniewany, że bardzo dużo rzeczy mnie denerwowało. Co więcej to przeciążenie prawdopodobnie spowodowało obniżenie mojej i tak niskiej odporności i zachorowałem. Nie dając wiary – może nie chciałem przyznać, że jestem tylko człowiekiem, a nie Bogiem wszechmogącym – że jestem osłabiony, a więc powinienem się oszczędzać i dbać o siebie pojechałem jeszcze na wyjazd jednodniowy, by spotkać zasłużonych służebnych mojej wspólnoty.

Już w trakcie pobytu przekonałem się jak wielki to był błąd. Wziąłem ze sobą kanapki, ale ledwo co je jadłem, bo miałem trudności z połykaniem. W związku z tym chodzi prawie cały czas głodny. Z powodu choroby nie dużo przyjąłem do siebie z tego co mówili do mnie na spotkaniu, bo kręciło mi się w głowie. Na koniec jak wracałem to w samochodzie było ustawione ogrzewanie na max, a ja siedziałem w kurce i czapce, choć pozostali pasażerowie twierdzili, że jest normalnie.

Poddałem się i gdy wróciłem do domu, to byłem w nastroju końca życia. Przypuszczałem, że umieram i że nie wiele już pozostało mi czasu do życia. Myślałem, że życie już jest bez sensu i że pewnie nie zdążę doczekać się niczego dobrego. Tylko dzięki poważnemu zaangażowaniu we wspólnotę przebłyskiwało mi przekonanie, że pewnie Bóg tak chciał i najwidoczniej tak ma być. To pewnie uratowało moje nie zapicie. Bo takie kończące życie myśli u mnie są zaproszeniem alkoholu do siebie.

Udało mi się nie zapić wtedy, ale dwa kolejne dni spędziłem w atmosferze złości, gniewu i pretensji do ludzi, że żyją. Czułem, że jestem ważniejszy, że lepiej znam życie od nich. Czyli piłem na sucho – tak to się nazywa w naszej wspólnocie. Aż wróciłem do czytania literatury. Stało się coś ciekawego. W miarę jak czytałem kolejne wersy i strony to moje przekonanie o własne nieomylności i uciążliwości losu stopniowo przemijały.

Gdy skończyłem czytać – założone 30 minut – to poczułem ulgę, spokój i harmonię. Przypomniałem sobie, że tak się czułem wcześniej. Przed tym intensywnym tygodniem. Poczułem się zwyczajnie i uświadomiłem sobie, że moje negatywne myśli na temat złośliwości ludzkiej przeminęły. To jest dopiero dobra wiadomość. Teraz rozumiem to tak, że to rozwój mnie ubogaca, że nie mogę bez tego normalnie funkcjonować.

Czyli, że kiedyś byłem uzależniony od alkoholu, a teraz jestem uzależniony od wzrostu duchowego. Uzależnienie rozumiem jako brak możliwości życia bez czegoś. Ja już od kilku lat żyję bez alkoholu, więc mogę tak założyć, że nie jest mi konieczny do życia, ale w zamian potrzebuję czegoś innego, żeby żyć.

Czyli moje zrównoważone funkcjonowanie – czyli w konsekwencji życie, bo długo raczej bym nie potrafił funkcjonować w sposób niezrównoważony – jest uzależnione od tego, czy rozwijam się, a więc czy czytam literaturę – która teraz daje mi sporo pokory – czy służę innym – co jest znakomitym wytwornikiem pokory – czy powierzam moje życie Bogu (jakkolwiek go pojmuję) – co jest z tego co wiem najlepszym sposobem na usunięcie egoizmu i egocentryzmu – i czy kosztuje to mnie poświęcenie (o czym jeszcze coś z pewnością napiszę), bo dzięki poświęceniu pokory przybywa.

I to jest to, co dzisiaj odkryłem. Z jednej strony jest to dla mnie pokrzepiające, bo to daje mi poczucie, że wiem co robić, żeby szczęśliwie żyć, ale z drugiej strony, to też jest zobowiązanie i zależność od czegoś – kogoś – poza mną, co każdemu alkoholikowi – na tyle co poznałem alkoholików – nie najprzyjemniej się kojarzy. Ale trudno, jeśli to jest cena mojego szczęśliwego życia, to nie pozostaje mi nic innego niż płacić ją sumiennie przez resztę swojego życia – a w istocie rzeczy to tylko przez kolejne 24 godziny (ale o tym w innym wpisie).

Bo to nie ja wybierałem to kim jestem, gdzie się urodziłem i z kim się wychowałem. Tylko ktoś zdecydował to za mnie, a ja teraz mogę tylko zdecydować, czy chcę odebrać takie życie jakie mi dano, czy wolę umrzeć. Bo przecież innego życia nie będzie. A więc obecnie wybieram życie takie jakie jest.

Pogody ducha,
Szrek.