Czuję się odrzucony

Źródło obrazka: tutaj

Czuję się odrzucony. Reaktywuje pisanie. Trochę z innych powodów. Wcześniej pisałem, bo miałem cichą nadzieję, że stanę się sławny. Nawet anonimowo sławny. Głupie pobudki. Nie zgadzają się one z moją narcystyczną stroną, która nie może sobie pozwolić, na takie zuchwałe działania. Przecież w oczach innych osób – a przede wszystkim w swoich własnych – chcę być jak najbardziej doskonałym człowiekiem. A tu jednak okazało się, że jestem człowiekiem. Zwykłym. Kto by się spodziewał? Pewnie każdy oprócz mnie.

W każdym razie wracam. Nie wiem czy tak samo często będę pisał jak wcześniej, ale może od czasu do czasu coś napiszę. Tym razem naprawdę z powodów chęci dzielenia tym co mam. Moimi przemyśleniami, które należą do „rzeczy” takiego rodzaju, że jak się je dzieli, to się mnożą. Bo pisanie zazwyczaj pomaga mi coś poukładać w głowie. Ale i wyrzucić z siebie to co siedzi. Jakoś poradzić sobie z uczuciami, które się we mnie kotłują.

Dzisiaj np. zmagam się z uczuciem odrzucenia. Nie lubię tego uczucia. Być może dlatego go nie lubię, bo często byłem nim straszony w dzieciństwie. Źle mi się kojarzy. Pewnie ku uciesze moich „bliskich”, których ja nazywam pseudobliskimi. Bo mimo, że są najbliżej, to i tak daleko i raniąco są. Przykre to dla mnie i smutne. Ale cóż mogę z tym zrobić?

Mogę ich zostawić.

I to jest najrozsądniejsze wyjście jakie obecnie uważam. Długo próbowałem ich zmienić . Bardzo dużo czasu i energii poświęciłem na to, ale to już jest poza mną. Zobaczyłem, że to bez sensu, bo oni nie chcą się zmieniać. Może się boją. Może nie wiedzą jak. Chciałem im pokazać świat, który ja mam dla nich przygotowany. Pełny akceptacji, spokoju, zaufania i przyjaźni. Ale to jakby było poza nimi. Trudno. Nie mam zamiaru ich ciągnąć za sobą więcej.

Dzisiaj święta. Byłem u rodziny, ale to chyba już ostatni raz, bo z moimi pseudobliskimi osobami nie czuję się zbyt zrelaksowany, a raczej czuję potrzebę bycia w ciągłej gotowości wojennej. Dlatego może za rok, jak nie znajdę żadnej dziewczyny, która zechciałaby mnie pokochać takim jakim jestem, to pójdę do jakichś zakonników, jak mi radził terapeuta.

Tymczasem czuję się odrzucony, gdyś osoba, która jest dla mnie ważna, nie odpisuje mi na życzenia, które jej złożyłem. Przykre to dla mnie, bo odczytuję to jako komunikat: „nie chcę mieć z Tobą relacji”. Szkoda, bo bardzo cenię tę dziewczynę. Myślę sobie teraz w związku z tym, że to może znak, że jestem popaprany na tyle, że normalni ludzie nie chcą mieć ze mną nic do czynienia. Bo tę dziewczynę uważam, za normalną i bardzo zrównoważoną emocjonalnie, co zdecydowanie nie mogę powiedzieć o sobie.

Smutne to dla mnie i chcę mi się trochę płakać z tego powodu, ale dla mnie płacz to poniżenie, wiec chyba się nie odważę. Terapeuta mówił, że to nie jest wstyd, ale dla mnie bardzo źle się kojarzy. Czasem myślę o sobie, że jestem jebnięty. Jak mój ojciec. W sumie to ostatnie zdanie, to zdanie, które często słyszałem od mojej matki. Jak to we mnie siedzi głęboko. Ale ojciec jest jaki jest. Nie mi ich sądzić i nie ja ich wybierałem. Mógłbym mieć pretensję dlaczego tyle zła mnie kurwa spotkało. Czy to coś zmieni? No nie wiem, może coś wymyśle, jakiś powód, który mnie uspokoi, ale długo nad tym rozprawiałem i dalej efekt jest taki sam. To mnie trochę pociesza, gdy myślę sobie, że to nie ja dokonywałem wyboru. Że to nie jest moja wina, że jestem jaki jestem. To ktoś inny za mnie zdecydował. Są ludzie w lepszych rodzinach, ale są też w gorszych. Bóg – jakkolwiek by go rozumieć – raczył dać mi inteligencję i umiejętności zarabiania pieniędzy, które dobrze rokują na moja sytuację finansową. Jeśli się nie zabije – z przyczyn rozchwianych emocji – to za kilka, kilkanaście lat jest szansa, że będę żył dostatnio. Teraz w sumie wcale nie przymieram głodem, chociaż sam się utrzymuję od jakiegoś czasu, a perspektywa jest rosnąca.

Czyli matka, babka i brat się mylili, że jestem ślamazara i sobie w życiu nie poradzę bez nich. Cieszę się, że dobrze sobie radzę. Dzięki temu mogę o sobie dobrze myśleć. Choć oczywiście zaraz przychodzą mi na myśl osoby, które sobie o wiele lepiej radzą ode mnie choćby i finansowo – ale tego im nie zazdroszczę za bardzo- bardziej im zazdroszczę dobrego radzenia sobie emocjonalnego, bo uczuciowo jest całkiem rozbity. Mam kłopoty z radzeniem sobie z bliskością. Jak ktoś okaże mi swoją przyjaźń, to muszę coś spierdolić. Ciężko mi z tym żyć, ale nie poddaję się i walczę o siebie, a w istocie rzeczy to jestem przekonany, że walczę o miłość – mój główny cel od początku terapii – Waczlę o szczęśliwe życie w związku. Marzy mi się zwyczajna rodzina, w której ludzie wzajemnie się szanują i dbają o siebie, stawiając rozwój każdego z członków rodziny w centrum. Nie wiem, czy mi dane jest założyć taką rodzinę, ale zawalczyć o to mogę.

Póki co chciałbym doświadczyć bliskości w pozytywnym aspekcie. Akceptacji i zrozumienia. Chciałbym, żeby w końcu po tym moim domu zaczęła chodzić dziewczyna, do której mógłbym się przytulać wieczorami. Choć boję się też, że mnie zdominuje i będzie poniżała, zamieniając moje życie w piekło. Potem okradnie i odejdzie łamiąc mi serce i ośmieszając. Takie mam wyobrażenia na temat miłości. Jak to czytam, to też mi się smutno robi. Na razie nic z tym nie zrobię. Pozostaje mi dalej walczyć o siebie i swoją szczęśliwą przyszłość rodzinną, pozostawiając efekty tej walki siły wyższej ode mnie.

Pogody ducha,
Szrek